Moje wspomnienie o Krzysztofie Kieślowskim

Są tu wspomnienia moje, jak również kolegów i współpracowników Krzysztofa.

Krzysztof przyszedł do szkoły  PLTT na Miodową  w październiku 1957 roku, a ja byłem wtedy w trzeciej klasie.  Uwagę moją zwrócił jego wygląd – był w gorsecie gipsowym od szyi do ramion. Później dowiedziałem się, że przyjechał z małej miejscowości górskiej Sokołowsko koło Jeleniej Góry. Skakał na nartach, miał upadek i uszkodził kręgosłup szyjny. W czasie tych trzech lat wspólnie spędzonych w szkole, spotykaliśmy się na stołówce w „Dziekance”, w której Krzysztof mieszkał lub na warsztatach przy ul. Reja 9 na Ochocie. Ja byłem  na modelatorni i rzeźbie a Krzysiek na malarni. Pracownie te znajdowały się obok siebie.  Zapamiętałem jak Krzysiek był modelem do rzeźby w mojej pracowni. Krzyśka rzeźbili Andrzej Siedlecki i Magda  Świtkowska. Andrzej Siedlecki, dziś znany aktor grał u Krzyśka jedną z głównych ról w filmie „Personel” (film o pracy w teatrze). Andrzej Siedlecki mieszka obecnie w Sydney w Australii, obchodził w 2015 roku Jubileusz 50-lecia pracy zawodowej.

01

Po ukończeniu PLTT spotykałem Krzysztofa w sezonie letnim na basenie Legii przy Łazienkowskiej. Opowiadał mi jak w zimie trzymał  motocykl WFM w bursie „Dziekanka” i po kontroli pokojów został wyrzucony dyscyplinarnie. Mieszkał potem z mamą w Otrębusach  pod Warszawą i dojeżdżał do szkoły kolejką WKD lub motorem. Po ukończeniu PLTT z kolegami z klasy Januszem Skalskim i Romanem  Filutowskim wynajęli pokój we Włochach pod Warszawą.

Druga historia, jaką mi opowiedział Krzysztof, była o tym jak się odchudzał żeby dostać odroczenie z wojska z powodu niedowagi, a potem zdawać do PWSTiF do Łodzi.  Na komisji poborowej Krzysztof  miał 15 kg za mało w stosunku do wzrostu i dostał odroczenie na rok. Większość chłopaków, żeby nie marnować roku, zdawała na  Studium Nauczycielskie. Tam były raz w tygodniu zajęcia z wojska, a po skończeniu Studium był miesięczny obóz wojskowy.  Ja też, kiedy nie dostałem się na studia, zdałem na Studium Nauczycielskie nr 3 w  Warszawie przy ul Saskiej.  Przypadkiem dowiedziałem się, że Krzysiek też był przez jeden rok  na SN nr 3 przy ul Saskiej. Kiedyś spotkałem Krzyśka na mieście, jechał motorem i zatrzymał się na światłach róg Al. Jerozolimskich i Nowego Światu – okazało się, że jechał na zajęcia na Studium na ul. Saską. Pojechałem z nim, bo miałem  odebrać papiery o ukończeniu Studium. Wsiadłem na motor (Avo-Sport) i pędziliśmy przez most Poniatowskiego z bardzo dużą szybkością – muszę przyznać że miałem stracha. Wracając do opowiadania Krzyśka o odchudzaniu – po roku odroczenia Krzysiek postanowił odchudzić się 25 kg żeby dostać kategorię B. Po pobycie w szkole strażackiej doszedł do wniosku, że nigdy więcej munduru, regulaminu, trąbki i gwizdka. Nie znosił jak ktoś organizował  mu  życie codzienne, chociaż dla niektórych mogło to być bardzo wygodne. Jego indywidualizm nie znosił rygorów jakie narzuca wojsko. Po roku powiedział, że gdyby z tego odchudzania miał dostać zawału, to woli mieć zawał  byle nie pójść do wojska.

Po roku odchudzania miał 23 kg  niedowagi. Poszedł na Komisję Poborową i kiedy przyszła pora na ważenie, usłyszał że waga dzisiaj jest zepsuta. I tak skończyła się przygoda z odchudzaniem. Krzysztof miał drugi wariant. Pół roku przed Komisją Poborową poszedł do Poradni Zdrowia Psychicznego. Po raz drugi nie dostał się do PWSTiF do Łodzi. Mówił, że ważniejsze było nie iść do wojska, niż zdać do Szkoły Filmowej. Na kolejnej Komisji Poborowej znów miał 15 kg niedowagi. Na pytanie jaką służbę  wojskową  by wybrał, odpowiedział, że spokojną. Usłyszał, że w wojsku nie ma służby spokojnej. Wtedy Krzysztof powiedział, że leczy się w Poradni Zdrowia Psychicznego. Na pytanie dlaczego, odpowiedział że czuje się nie najlepiej. Otrzymał skierowanie na obserwację do szpitala. Tam przebywał 10 dni i był codziennie przesłuchiwany  po kilka godzin. Opowiadał tam bardzo dziwne historie, których już nie pamiętam po tylu latach. Wiem, że rozwiązywał jakieś testy psychiatryczne. Ostatniego dnia otrzymał zaklejoną kopertę, którą otworzył i przeczytał w domu. Orzeczenie Komisji brzmiało następująco schizofrenia duplex. Pojechał z tą kopertą do Komisji Poborowej i otrzymał wpis do książeczki wojskowej: kategoria D, niezdolny do służby wojskowej, również w czasie wojny.

Cztery dni po Komisji Poborowej rozpoczęły się egzaminy do Szkoły Filmowej. Krzysztof startował po raz trzeci i tym razem się dostał. Po latach wspomina, że prace które przedstawił Komisji  na trzecim egzaminie w 1964 roku, uważał za najsłabsze. Na koniec egzaminu dostał pytanie: co to są środki komunikacji międzyludzkiej? – Krzysztof odpowiedział trolejbus, autobus, samolot. Członkowie Komisji się roześmiali. Prawdopodobnie uważali że pytanie było tak głupie, że Krzysiek ironicznie  zakpił z nich, ponieważ pytanie było poniżej jego poziomu. Krzysiek potem powiedział, że pytanie tak naprawdę było powyżej jego poziomu i że powiedział tak jak myślał.

W 1968 roku, kiedy już dwa lata pracowałem na Wydziale Dźwięku w Wytwórni Filmów Dokumentalnych, Krzysztof przyszedł do WFD udźwiękawiać swój film dyplomowy „Z miasta Łodzi”. Przepisywałem materiały nagrane oryginalnym magnetofonem NAGRA  Kudelskiego, wybieraliśmy różne fragmenty i przy okazji rozmawialiśmy. W pewnym momencie Krzysztof  zwrócił mi uwagę żebyśmy się skupili, bo możemy z powodu rozmowy skasować bezcenne dla niego  nagranie. W czasie realizacji jego filmu zaprzyjaźniliśmy się. Krzysztof  był na moim ślubie i weselu – dlatego to wspominam, bo nakręcił kilkuminutowy film na taśmie 8 mm.

PLTT  lata 1957–1962. Opowiada Janusz  Skalski – kolega z klasy Krzysztofa

Żeby zarobić na wakacje malowaliśmy mieszkania. Materiały były marne – farby odpadały, trzeba było eksperymentować i poprawiać. Kiedyś malowaliśmy mieszkanie koledze, którego ojciec był dyrektorem banku. Łazienkę pomalowaliśmy na czerwono. Ojciec kolegi wrócił z pracy i jak to zobaczył był oburzony – powiedział, że we krwi nie będzie mieszkał, kazał natychmiast przemalować na jasny kolor. Innym razem pomalowaliśmy ściany na brązowo ale farba odpadała. Krzysiek zaczął przekonywać, że można zrobić druciak, przetrzeć i będzie modna mozaika. Miał siłę przekonywania.

W ostatniej klasie opracowanie studniówki powierzono Krzysztofowi. Wymyślił „teatr oczu”. Z ich wyrazu należało odczytać charakter postaci. Były też inscenizacje utworów Saint Exupery’ego i wierszy  I. Gałczyńskiego. Na koniec była pantomima, w której Kieślowski odgrywał  rolę wijącej się liny, ja balansowałem po niej, czyli po niej chodziłem – to było niesamowite, mówi Janusz. Niewątpliwie inspiracją do tego numeru były ówczesne występy w Polsce sławnego mima Marcela  Marceau. Krzysztof ukończył  PLTT w 1962 roku. Później powiedział, że już nigdy potem nie spotkał takiego miejsca.

Mówi Maciej Wojtyszko: chodziłem do niższej klasy. Prof. Linowska  zaprosiła Krzyśka do naszej klasy i przedstawiła jako wzorowego absolwenta. PLTT istniało tylko ćwierć wieku – zlikwidowano je w 1969 roku. Po Pierwszym Nadzwyczajnym Zjeździe Absolwentów powstało Policealne Studium Technik Scenograficznych w Warszawie przy ul. Podwale 13. Założycielem tego Studium był nasz absolwent   Zdzisław Siwak. Nauka trwała 2 lata były tylko dwa kierunki modelatornia i rzeźba, oraz charakteryzacja i perukarstwo. Rok później w 1997 roku nazwano je imieniem Krzysztofa Kieślowskiego.  Ja robiłem fotoreportaż z tej uroczystości. Obecni byli żona Krzysztofa Maria i siostra Krzysztofa Ewa, która również ukończyła PLTT.

 

W 1962 roku upomniało się o Krzysztofa wojsko. Dyrekcja Liceum wysłała następujące pismo: poborowy K. Kieślowski  w chwili obecnej zalicza III etap egzaminów i ma zamiar zdawać na wyższą uczelnię. Dostał odroczenie.

W Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej i Filmowej w Łodzi było tylko 15 miejsc na  reżyserii, w tym kilka miejsc dla studentów zagranicznych. Kandydatów było kilkuset, egzamin był wieloetapowy. Trzeci etap to egzamin praktyczny, który trwał tydzień. Trzeba mieć wiele tupetu, odporności i determinacji, żeby ubiegać się o przyjęcie do PWSTiF.

Krzysztof  żeglarzem – opowiada Janusz Skalski, kolega z klasy

W czasach licealnych Krzysztof zainteresował się żeglarstwem. Przychodził na przystań harcerską nad Wisłę, choć nie był harcerzem. Postanowiliśmy z Romkiem i Krzysztofem złożyć się i kupić starą Omegę do remontu. Bywałem też na tej przystani i widziałem jak skrobali, szlifowali i malowali  tę Omegę. Mieli w planach wyprawę na jeziora mazurskie. Krzysztof zaproponował, żeby nazwać ją  Sławomir Mrożek. Napisał nawet list do znanego dramaturga, aby wyraził zgodę .Odpowiedź  przyszła pozytywna. „Mrożkiem” pływali przez kilka sezonów. Mój znajomy Wojciech Bukat opowiadał, że Krzysztof  zdawał u niego egzamin na uprawnienia żeglarskie  we wrześniu  1963 roku. Jedenaście lat później uzyskał patent sternika jachtowego.

O Teatrze Współczesnym  w Warszawie i  „Karierze Artura Ui” (premiera 6 stycznia 1962)

Nasz kolega Zdzisław Siwak, absolwent PLTT, był kierownikiem pracowni krawieckiej w Teatrze Współczesnym. Do sztuki „Kariera Artura Ui”, która miała bardzo dużą obsadę, zorganizował dodatkowe garderoby. Do obsługi aktorów zaproponował mnie i kilku moim kolegom pracę przy tej sztuce. Z naszej szkoły zgłosili się Krzysztof Wojciechowski, Krzysztof  Kieślowski, Stanisław Batyjewski, Marek Radziejewski i ja. Niektórzy z nas oprócz obsługiwania aktorów dodatkowo statystowali. Dorabialiśmy sobie do stypendium. Krzysztof Kieślowski zastępował kolegę Zdzisława Siwaka, który zdawał egzaminy na UW i pisał pracę doktorską. Krzysztof Kieślowski  obsługiwał garderobę z najwybitniejszymi aktorami jak: T. Łomnicki, A. Bardini, E. Dziewoński, M, Michnikowski, A Łapicki, Z. Zapasiewicz, K. Opaliński, T. Fijewski, K. Rudzki, J. Konrad, T. Pluciński, E Fidler, H. Borowski i inni. Ja prowadziłem garderobę i statystowałem. Praca wśród tak wybitnych  artystów  była bardzo ciekawym doświadczeniem. Dwa lata słuchania ciekawych rozmów i dowcipów, było wesoło.

Krzysztof opowiadał jak po latach, gdy reżyserował fabuły, angażował tych aktorów, których wtedy obsługiwał w garderobie.

Był kiedyś zaproszony na jubileusz A. Bardiniego i spotkał E. Dziewońskiego, który przedstawił  się K. Kieślowskiemu. Krzysztof mówi: – ja wiem jak się pan nazywa. Ale nie dlatego, że jest pan Dziewoński, bo to każdy wie, lecz z tej racji, że przez ponad rok pracowałem w pana garderobie i 30 lat temu podawałem panu „gacie” w Teatrze Współczesnym. Na to E. Dziewoński: –  to ja tego nie pamiętam.

Sztukę  Bertolda  Brechta reżyserował Erwin Axer. Główną rolę grał Tadeusz Łomnicki. Ja zrobiłem kilka amatorskich zdjęć zza kulis bez lampy błyskowej,  lustrzanką ‘START”, a kolega Marek R. też zrobił mi kilka zdjęć w czasie statystowania na scenie – jest to miła pamiątka po latach.

Krzysztof o PLTT

To była fantastyczna szkoła, najlepsza do jakiej w życiu chodziłem. Byli tam świetni nauczyciele. Wtedy się to nie zdarzało w Polsce, a myślę że i w Europie, żeby nauczyciele traktowali uczniów jak starszych kolegów. Byli mądrzy i dobrzy. Nauczyciele pokazali nam, że jest coś takiego jak kultura. Radzili dużo czytać, chodzić do teatru, do kina, na wystawy. Kiedy mieszkałem w ‘Dziekance” przez pewien czas dzieliłem pokój z Wojciechem Siudmakiem, uczniem szkoły plastycznej,  dziś znanym malarzem w Europie. „ Dziekanka” była bursą  dla uczniów szkół artystycznych tzn. muzycznych, plastycznych i naszej PLTT. Moją opiekunką klasy była prof. Irena Lorentowicz – wybitna scenograf, córka Jana Lorentowicza, teatrologa, prezesa polskiego Pen Clubu i dyrektora  warszawskich teatrów. Prof. Irena Lorentowicz  wróciła do Polski  ze Stanów Zjednoczonych po 30 latach emigracji. Chodziła w efektownych kapeluszach, modnie ubrana wyróżniała się w tej szarej wówczas rzeczywistości.

Prof. Stefania Linowska uczyła nas historii teatru. Wykładała też w PWST w Warszawie. Była bardzo wymagająca, musieliśmy czytać teksty sztuk teatralnych, a później robiliśmy analizę tekstu. Radziła zaprenumerować fachowe pisma „TEATR” i „DIALOG” –  ja zaprenumerowałem. Bywałem też  w eksperymentalnym słynnym „ TEATRZE na  TARCZYŃSKIEJ” prowadzonym  przez Mirona Białoszewskiego i Lecha Stefańskiego. Pierwszy raz  wyjechałem za Żelazną Kurtynę gdy miałem 34 lata. Byłem antytalentem językowym, dopiero po czterdziestce przyłożyłem się do języka angielskiego. Kiedyś powiedziałem koledze, że jeśli będę znany, to inni będą musieli uczyć się polskiego.

Łódzka  Filmówka

Kiedy Krzysztof  dostał  się do PWSTiF w Łodzi, akurat  z niej wychodzili: Jerzy Skolimowski,  a w następnym roku Krzysztof Zanussi, Edek Żebrowski i Antek Krauze. Krzysztof  zaprzyjaźnił się z Andrzejem  Titkowem,  z którym razem wynajmowali pokój. Zaletą PWSTiF  była możliwość praktycznego ćwiczenia. Dostawało się – jak na tamte czasy – dobre profesjonalne warunki, zawodowych kamerzystów, zawodowych oświetlaczy i zawodowych dźwiękowców.

Działalność pedagogiczna  K. Kieślowskiego

Zaczął od Uniwersytetu Śląskiego w  Katowicach na Wydziale  Radia i Telewizji w 1979 roku. Szkołę założono w 1977 roku. Uczyli tam również K. Zanussi, E. Żebrowski i A. Jurga. Wykładał i prowadził seminaria z Edwardem Żebrowskim w Berlinie Zachodnim w 1984,w  Helsinkach w 1988, w Szwajcarii w 1985, 1988, 1992, w Katowicach w latach 1979–1982, i w Łodzi w 1993-1996. Zaprzyjaźnił się z Edwardem  Żebrowskim – prowadzili razem seminaria w szkołach filmowych  za granicą.

Edward Żebrowski o Krzysztofie

Był po prostu bardzo dobrym człowiekiem. Starał się być sprawiedliwym, miał też w sobie wielką opiekuńczość. Zawsze uderzała mnie łatwość, z jaką potrafił kogoś objąć. Bardzo mu tego zazdrościłem. Ja  jestem w stanie kogoś objąć dopiero  wtedy, gdy go naprawdę dobrze znam, lub gdy wiele razem przeżyliśmy. A on przygarniał  kogoś do siebie ot tak, po prostu.

Kiedy pracowaliśmy w Berlinie i mieszkaliśmy na Kreuzbergu, jeździliśmy do pracy na dziewiątą, dziesięć minut jazdy taksówką. Krzysztof zaczynał  rozmowy o zamówieniu taksówki około szóstej wieczorem. Przy kolacji były rozważania, czy zamówić taksówkę na  godz. 8:35, czy na 8:40. Nie cierpię spóźniania się i na każde spotkanie przychodzę 5 minut przed terminem. Po paru miesiącach tej taksówkowej paranoi nie wytrzymałem i opieprzyłem Krzyśka. Zafrasował się, a potem powiedział, że wie że ja nie nawalam, dotrzymuję słowa, itd. Skończyły się wieczorne rozmowy o taksówkach.

Gdy jechało się  z Krzyśkiem w dwa samochody, to od razu były wyścigi. Musiał pierwszy wjechać na skrzyżowanie. To nie były żarty, ale robił to instynktownie. Chęć rywalizacji, dokonania czegoś na granicy możliwości, wpłynęła zresztą na ostatni okres jego życia. W jakimś sensie go zabiła.

To chyba  Miłosz powiedział, że można uczyć dopóki umie się przed studentami wyciągnąć królika z kapelusza. Kiedy byliśmy w Montereux, Krzysztof zapukał do mnie o trzeciej w nocy. Pomyślałem, że coś się stało. A on wyciągnął butelkę whisky i zapytał czy może wejść. Usiadł, wzięliśmy szklaneczki do mycia zębów i rozlaliśmy whisky. Krzysztof  powiedział „wiesz co –  tak sobie myślę, że ty przynajmniej miałeś ciekawe przygody w młodości, a ja k… nic tylko mozół i nuda, mozół i nuda”. Po tym spotkaniu, wyjechał najpierw do Warszawy, później do Paryża. Podpisał kontrakt i zaczął pisać scenariusz „Trzy kolory”.

Wspomina Andrzej Titkow – kolega Krzysztofa z „Filmówki”

Jeździliśmy z Krzysztofem  autostopem  z Łodzi do Warszawy. Kiedyś wyruszyliśmy o zmierzchu, do nocy przeszliśmy 25 km – nikt się nie zatrzymywał. Spaliśmy w przydrożnym rowie, opatuleni kurtką Krzyśka. Rano pokonaliśmy kolejne 20 km do Łowicza i dopiero stamtąd już pociągiem, bez biletu do Warszawy.

Zimą 1966 wybraliśmy  się na motorze nad morze. Krzysiek mówił, że ma zamiar spotkać koleżankę z liceum. Koleżanki nie zastaliśmy, spacerowaliśmy  po sopockim molo i pływaliśmy po lodowej krze. Krzysiek mówił, że nieważny jest cel, ważna jest droga. Ważne żeby iść.

Innym razem na spotkaniu z kolegami na  Radiowej w 1966 roku Krzysiek zaproponował  byśmy napisali co z nami będzie za 5, 10, 15 lat. Mieliśmy przewidzieć przyszłość własną i każdego z nas, był rzeczowy i konkretny nawet gdy bujał w obłokach. Kartki z naszą przyszłością, mieliśmy włożyć do butelek i zakopać gdzieś w Warszawie na przykład na Polu Mokotowskim. Ciekawe czy Krzysiek zakopał gdzieś swoją butelkę ze swoimi planami.

 Wspomina Krzysztof  Piesiewicz

(znany prawnik i adwokat, były senator RP, współtwórca scenariuszy „Bez końca”, „Podwójne życie Weroniki”, „Dekalog”,  „Krótki film o zabijaniu”, „Krótki film o miłości”,  „Trzy kolory: Niebieski, Biały, Czerwony”,  „Raj”.)

Nasza znajomość trwała od 1982 roku. Kiedy na spotkanie w kawiarni Krzysztof przyjechał rowerem, nie wiedziałem,  że wchodzę w przyjaźń z człowiekiem nieprzeciętnym i wybitnym. Jak można wyrazić jednym słowem wspomnienie o Krzysztofie? – słowem „obecność”.  Krzysztof miał w sobie magnetyzm, siłę, energię, ciepło, prawość – ta obecność była bardzo wyrazista, bardzo silna. Gdyby ktoś zapytał co odczuwałem gdy z nim pracowałem, odpowiedziałbym że się go bałem, ale w tym pozytywnym słowa znaczeniu, że zrobię coś takiego, że będę bał się do niego zadzwonić.  I dodał – to był człowiek,  który skreślał duże sumy na kontraktach i wpisywał mniejsze.  Krzysztof mówił, że inaczej byłoby to niemoralne, dużą łyżką można się udławić. Jak coś jest bardzo drogie, to oznacza wielką odpowiedzialność, a tego bym nie chciał. Na pewno był wolny od tej polskiej choroby: mieć wszystko zaraz. Stawiał pytania każdemu z nas.

Krzysztof mówił: „uciekłem z filmu dokumentalnego, bo to co najważniejsze w życiu, jest zbyt intymne, żeby to filmować. Potem przez wiele lat robiłem filmy fabularne, aż nagle zobaczyłem, że zupełnie się odsunąłem od normalnego życia. Że zabrnąłem w jakiś kompletny kretynizm, że zaczynam żyć życiem, które nie jest prawdziwe. Nie ma już życia. Jest tylko fikcja (wywiad udzielony katowickim licealistom 4 dni przed śmiercią). Wydawało mi się, że to tylko w godzinach pracy, a potem już normalne życie. Albo że tylko trzy miesiące, a potem już jest normalne życie. Tymczasem okazało, że ja się wpakowałem w jakąś taką spiralę, nie wiem właściwie skąd się wzięła – prawdę mówiąc chyba z ambicji, że wpakowałem się w spiralę na okrągło, to nagle zrozumiałem, po długim okresie ale nagle, że ja nie mam normalnego życia, jest tylko fikcja.”

Opowiada Zbigniew Preisner

( kompozytor związany z „Piwnicą pod  Baranami”. Jeden z najsławniejszych współczesnych autorów muzyki filmowej, którą napisał m.in. do głośnych filmów K. Kieślowskiego, L. Malle’a,  H. Babenco, A. Holland, A. Corti, J. Irvina. Laureat wielu prestiżowych nagród m.in. Cezara.)

Z Krzysztofem współpracowałem 16 lat. Mieszkaliśmy w Paryżu 4 lata, a jest tam jak wiadomo Instytut Kultury Polskiej, jest ambasada, ale nie wiem czy choć raz ktoś nas tam zaprosił. Przytrafiły nam się Palmy i Cezary. A teraz dzwoni po śmierci Krzysztofa, dzwoni do mnie, zresztą mój znajomy z Instytutu i mówi, że chcieliby bardzo zrobić przegląd filmów K. Kieślowskiego w Paryżu. Gdzie były te instytucje za życia Krzysztofa? Dlaczego przypominają sobie o nim dopiero po śmierci?

Wszyscy myślą, że byliśmy trzema koszmarnymi ponurakami. Nasz wspólny czas poza pracą, to był jeden z najwspanialszych kabaretów, jakie przeżyłem. Cóż, naprawdę nigdy w życiu nie bawiłem się tak cudownie i nie śmiałem tak szczerze, jak podczas naszych wspólnych z dwoma Krzysztofami wypraw na narty w czasie wakacji i podróży. Bawiliśmy się jak dzieci. Kieślowski był jednym z najweselszych ludzi jakich znałem. On by świetnie nadawał się do kabaretu. Robił bardzo poważne filmy, ale potrafił żyć w kontrapunkcie. I nigdy nie używaliśmy między sobą słów takich jak sztuka, twórczość . Myśmy coś pisali, nagrywali, kręcili. Tworzył to Pan Bóg. Myśmy tylko układali ruchome obrazki.

Kiedy do „Bez końca” napisałem marsz żałobny, Krzysztof  żartował : – Jak ktoś z nas umrze, marsz żałobny mamy gotowy. Śmieliśmy się z tego. Podobnie było, gdy przeciążony pracą  mawiał:  –  Jeszcze zdążę coś zrobić, a potem do piórnika i będę miał święty spokój. Niestety, to wszystko spełniło się zbyt szybko.

– – – – –

Dodam jeszcze kilka informacji i wypowiedzi Krzysztofa oraz jego współpracowników i kolegów.

Stan światowego kina skwitował kiedyś następująco: – w tej chwili więcej ludzi kupuje bilety  na filmy o dinozaurach niż o ludziach. Może jest taka potrzeba. Musimy się temu poddać. Tego nie da się załatwić, nawet uchwałą  Sejmu i Senatu zebranych razem. Może się to wkrótce odwróci.

Po sukcesach K. Kieślowskiego, kiedy zapytano zagranicznego aktora, reżysera, operatora czy producenta o nazwisko reżysera, którego zna i ceni, w większości przypadków odpowiedź brzmi – Krzysztof Kieślowski. Nie Wajda, Zanussi, czy nawet Polański. Krzysztof Kieślowski cały czas jest w czołówce reżyserów europejskich.

Catherine Deneuve chciała zrzec się honorarium, byle tylko wystąpić w filmie „Trzy kolory”.

Martin Karmitz, francuski producent filmów Krzysztofa mówił, że był on najwybitniejszym reżyserem filmowym. Humanistą, którego twórczość przeciwstawiała się fali barbarzyństwa zza oceanu.

Ostatnia część tryptyku „Czerwony” była nominowana do Oscara w dwóch kategoriach – za scenariusz i za reżyserię. Po tym sukcesie został członkiem Amerykańskiej Akademii Filmowej. Należał też do prestiżowej Akademii Francuskiej.

Nie „radosna twórczość” ale człowiek interesował Krzysztofa od samego początku jego twórczości – człowiek, który stale musi dokonywać wyborów, dąży do wolności, równości, sprawiedliwości i, poszukujący miłości, szczęścia i zrozumienia. W filmach Krzysztofa często występuje przypadek a nawet „siła wyższa” i pytanie „ jak żyć”, na które odpowiadał: – nie wiem, nie ma odpowiedzi.

W niemieckim dzienniku ukazało się ogłoszenie „blondynka, ładna, wielbicielka „Niebieskiego” poszukuje partnera życiowego”. To najlepszy dowód,  jak kino Kieślowskiego trafia w oczekiwania i potrzeby zagubionych ludzi  końca XX w.

Nie uważał się za artystę, ale rzemieślnika, który zna podstawy zawodu, który jest tylko multidyscyplinarnym rzemiosłem.

Krzysztof mówił, że przy pomocy filmów świata nie można zmienić, ale można go opisać. Aby zrozumieć  co jest naprawdę ważne w życiu, trzeba trochę pożyć. Chciałem żyć spokojnie. Tymczasem kręcenie filmów, na dodatek w wielkim tempie, staje się sposobem życia. Film staje się życiem. Nie chciałem tego, bo nie jest to mój sposób życia. Prawdopodobnie wybrałem fatalny zawód dla swego charakteru. Nagrody, festiwale, popularność – nie były moim celem.

„Obywatela Kane’a”  Orsona Wellesa  oglądałem ze 100 razy. Fellini, Bergman, Antonioni to podziw i olśnienie. Po obejrzeniu Kes-a powiedział – nie wyobrażam siebie w roli asystenta reżysera, ale Loachowi mógłbym nawet podawać kawę na planie. Po latach filmy obu tych filmowców rywalizowały ze sobą na światowych festiwalach. W pałacyku przy Targowej 61  Krzysztof  systematycznie prowadził ranking obejrzanych filmów. Robił tabelki, na które on i jego koledzy wpisywali oceny.

Krzysztof lubił majsterkować  – opowiada Sławomir Idziak, operator który pracował z K. Kieślowskim. Wszystko potrafił naprawić. Mówił że wiele osób miało taką strategię, że zaczynało grzebać w samochodzie w jego obecności, wtedy Krzysztof odsuwał delikwenta na bok i sam naprawiał. Czasem mówił, że może bardziej pożyteczne byłoby, gdyby robił buty albo meble.

Amerykański „TIME” uznał  „Dekalog” za drugie najważniejsze dzieło w historii światowego kina. Krzysztof mówił, że coraz częściej spotykał ludzi, którzy nie wiedzą po co żyją. „Dekalog” miał im pomóc.

Film „Trzy kolory” został sprzedany do 52 krajów. Krzysztof Zanussi, który otwierał wystawę fotografii  Piotra Jaxy Kwiatkowskiego „Trzy kolory” w Stołecznym Centrum Edukacji Kulturalnej w Warszawie, ubolewał  nad tym, że Polacy nie doceniają filmów Krzysztofa. W tym czasie w Warszawie był wyświetlany „Niebieski”. Opowiadał, że za granicą na filmy Krzysztofa walą tłumy, a w  Polsce niestety słaba frekwencja. Publiczność chodzi na amerykańskie filmy akcji.  Krzysztof mówił, że nie interesują go takie filmy, gdzie ktoś ucieka, inni gonią i najważniejsze jest czy go dogonią czy nie.

Przyszedł czas, że filmy Krzysztofa trzeba obejrzeć jeszcze raz, i jeszcze raz odczytać ich  przesłanie. Zawsze powtarzał,  że „nie ważne gdzie się stawia kamerę, ale ważne po co”.

Ze wszystkich etapów prac nad filmem najbardziej lubił montaż. „Wtedy mam poczucie, że ogarniam całość filmu”. Z montażownią w WFD, którą nazywał „fabryką kurzu” był związany 14 lat. Siedział tam po 12 godzin, a jak trzeba było to i w nocy. Kawa i papierosy w takiej fabryce kurzu na pewno nadszarpnęły jego zdrowie. Wiem coś o tym, bo sam pracowałem w WFD na Chełmskiej 7 lat.

Opowiada Janusz  Skalski – kolega  Krzysztofa z  klasy w PLTT

Krzysztof  Kieślowski w sierpniu  1995 podczas wakacji na Mazurach przeszedł pierwszy atak serca. Na jego życzenie chorobę ukrywano. W 1994 roku mówił, że jest zmęczony i zapowiedział, że nie będzie już kręcił filmów. Nikt w to nie wierzył. Krzysztof odpoczywał na działce. W połowie sierpnia Krzyśka odwiedził K. Piesiewicz, grali w tenisa. Następnego dnia Krzysztofa bolała ręka. Krzysztof powiedział do żony Marii, że jutro pojedziemy do lekarza. Kilka godzin później Krzysztof źle się poczuł. Maria pobiegła do telefonu i do Janusza po lekarstwo. Córka Marta została przy ojcu. Krzysztof zażył krople nasercowe. Wezwano karetkę, przyjechała po 20 min. Lekarz zdiagnozował silny stan wieńcowy. Zabrano Krzyśka do najbliższego szpitala w Szczytnie. Tam stwierdzono zawał serca. Badania potwierdziły, że zawał trwa. Był rozległy. W szpitalu Krzysztof przebywał 10 dni.

Ze Szczytna karetką przewieziono Krzysztofa do Centralnego Szpitala MSW w Warszawie przy ulicy Szaserów. Tam wykonano ryzykowną, ale udaną koronografię i wypuszczono go do domu. Krzysztof przez kilka dni nie wychodził z domu. Jeszcze przed zawałem Krzysztof złożył podanie o przejście na wcześniejszą emeryturę. Wybitni specjaliści proponowali konsultacje,  prof. Andrzej Szczeklik  oferował pobyt w swojej  klinice. Krzysiek nie chciał skorzystać. Rzucił palenie na prośbę córki i powoli wracał do zdrowia. Pojechał do siebie na Mazury – chodził na spacery, jeździł na rowerze. Wrócił do Warszawy, wznowił wykłady ze studentami z PWSTiF  w Łodzi. Lekarze opiekujący się Krzysztofem, sugerowali mu by poddał się wszczepieniu  by-passów. Z nimi  mógłby żyć tak jak dawniej. Krzysiek mówił,  że nie chce żyć na pół gwizdka. Marin Karmitz – producent,  proponował  by planowaną operację wykonać w Paryżu. Inni polecali Krzyśkowi świetny ośrodek kardiochirurgiczny w Nowym Yorku. On miał zaufanie do polskich lekarzy. Rok 1996 powitał w niezłej formie. Był już zdecydowany na poddanie się operacji serca w Warszawie. Chciał  mieć to jak najszybciej z „głowy”. Zbliżał się Pierwszy Nadzwyczajny Zjazd  Absolwentów PLTT w dniu 12 lutego 1996 roku. Mieliśmy cichą nadzieję, że Krzysztof przyjdzie na Zjazd, czekaliśmy. Ale nie przyszedł, stan zdrowia nie pozwalał na takie wzruszenia po 34 latach.

Operacja w szpitalu na Szaserów rozpoczęła się 12 marca w południe, po wielu godzinach Krzysztof nie budził się, i lekarze przygotowywali żonę Marię na najgorsze. Krzysztof nie obudził się i 13 marca nad ranem lekarze stwierdzili zgon w wyniku drugiego  zawału, który nastąpił w czasie operacji serca. Wystarczyło kilka godzin  by cały świat  kultury uświadomił sobie, że oto żegna  jednego z największych reżyserów XX wieku.

– – – – –

Byłem na pogrzebie Krzyśka w dniu 19 marca 1996 roku w Warszawie. Uroczystości żałobne odbyły się w kościele sióstr Wizytek na Krakowskim Przedmieściu. Rozległa się muzyka skomponowana  przez  Zbigniewa Preisnera, a homilię wygłosił ks. prof. Józef Tischner. Trumnę złożono do grobu na Starych  Powązkach.

Nagrobek ukazujący charakterystyczne kadrujące dłonie reżysera zaprojektował K. M. Bednarski.

* * * * *

Festiwal Filmowy Hommage â Kieślowski, 6–8 września,  Sokołowsko i czeskie Mezimesti. W Sokołowsku Krzysztof spędził część dzieciństwa. W  Sokołowsku Krzysztof  nakręcił swój pierwszy film dokumentalny „Prześwietlenie”. W 2011 roku  w Sokołowsku powstało Archiwum Twórczości Krzysztofa Kieślowskiego, które założyła Fundacja In Situ – organizator festiwalu  oraz rodzina Kieślowskich. Hasło tegorocznej edycji festiwalu brzmi „Są przypadki”.  Film „Przypadek” z 1981 roku był wstrzymywany przez cenzurę przez 6 lat z powodów politycznych. Potem usunięto z niego kilka scen, ale na festiwalu będzie można obejrzeć wersję zrealizowaną pierwotnie  przez  K. Kieślowskiego.

Wybrane dokumenty K. Kieślowskiego dostępne są na stronie Narodowego Instytutu Audiowizualnego (www.ninateka.pl).

W 1990 Krzysztof Kieślowski został honorowym członkiem Brytyjskiego Instytutu  Filmowego.

Od 2002 roku,  podczas Międzynarodowego Festiwalu Autorów Zdjęć Filmowych Camerimage w Łodzi, wręczana jest nagroda aktorska jego imienia.

O K. Kieślowskim zrealizowano kilka filmów dokumentalnych:

Według scenariuszy K. Kieślowskiego zrealizowano kilka filmów. W 2000 roku Jerzy Stuhr zrealizował „Duże zwierzę”.   W  Niemczech i Włoszech w 2001 roku powstał film „Niebo” według  scenariusza K. Kieślowskiego i K.Piesiewicza,  w reżyserii Toma Tykwera.

Krzysztof  Kieślowski był także reżyserem spektakli telewizyjnych. W Starym Teatrze w Krakowie, wystawił własną sztukę „Życiorys”  na podstawie swego filmu o tym samym tytule.

* * * * *

Nasze drogi rozeszły się w 1973 roku, kiedy ja odszedłem z Wytwórni Filmów Dokumentalnych przy Chełmskiej 21, a Krzysztof w niedługim czasie przeszedł do fabuły i okazał się wybitnym twórcą  światowego formatu. Jestem wdzięczny losowi, że postawił Krzysztofa na mojej drodze życia. Zdaję sobie sprawę jak trudno napisać wspomnienia  po 40 latach i opisy niektórych zdarzeń mogą nie być ścisłe (dokładne)  za co z góry przepraszam.